Temat Kupa

Temat „kupa”, zazwyczaj jest tematem przewodnim młodych rodziców, ale u psiarzy również się pojawia. Nie mam zamiaru nikogo pouczać o obowiązkach sprzątania po swoim psie, bo o tym wiemy i to zupełnie inna sprawa. ( Ale moi drodzy, sprzątamy!!!) Moim zamiarem jest opowiedzenie Wam, co się wydarzyło na spacerze i nie jest to nic obleśnego 🙂 .

Podczas pracy z opiekunami i ich psiakami, często pytamy, czy pies znaczy moczem na spacerze, czy robi kupę na spacerze, czy załatwia się wciąż w tym samym miejscu? Pomijając błędy jakie często nieświadomie popełniamy, problem spacerowej kupy wcale nie jest taki mały zwłaszcza u młodych psów. Duża część młodych psiaków ma problemy z załatwieniem dwójeczki na spacerze. Wymaga to od psa odwagi, gdyż przez tę chwilę jest bezbronny. Jest narażony na atak, nie może uciekać, ani się bronić, czyli nie może użyć dwóch najczęściej wykorzystywanych strategii przetrwania. Psie podrostki, nie wyglądają już jak słodkie kuleczki, ale też nie jak dorosłe, a my ludzie oczekujemy od psów w wieku pomiędzy 6-18 miesięcy, że już się potrafią „zachować” – cokolwiek to znaczy. Często wywieramy zbyt dużą presję na psa, a być może i stawiamy poprzeczkę z naszymi oczekiwaniami tak wysoko, że psiak nie może jej dosięgnąć. I zaczyna się… poczucie bezpieczeństwa psiaków zmniejsza się, pojawiają się „zachowania niepożądane”, oczywiście niepożądane z naszej ludzkiej perspektywy i czasem problemy z załatwianiem się poza domem. Gdy mieszkamy w mieszkaniu, nie sposób tego nie zauważyć. Jeżeli mieszkamy w domku z ogródkiem, możemy nie zwrócić uwagi na to, że nasz psiak nie robi dwójki na spacerze, a robi ją tylko w ogródku. Dom zostaje czysty, ogródek trochę mniej, ale w naszej ludzkiej głowie bardzo rzadko maluje się pytanie: „Czy, aby wszystko ok?”. Pamiętajmy, że ogródek, nawet bardzo duży nie zwalnia nas z obowiązku codziennych spacerów. Ciekawych spacerów w nowe miejsca, gdzie pies ma możliwość wąchać, eksplorować, biegać, tarzać się i robić wszystkie swoje ważne psie rzeczy.

 

Wracając do tematu głównego. Pewnego dnia, nie tak dawno zabrałam moje psiaki na wspólny spacer po łąkach, polach, w pobliżu lasu. Godzina spacerowa około południa, temperatura pomiędzy 15-18 stopni, czyli jak dla mnie idealnie 🙂 . Moje dwa psy zwane w skrócie chłopkami, już na wstępie wybiegają z ogrodu od strony lasu, a nie od strony drogi – gdzie wprawdzie przejeżdża jeden samochód raz na godzinę i w 99% będzie to samochód naszych sąsiadów, pozostały 1% pozostawiam panu listonoszowi, ewentualnie kurierowi. Czyli szału bodźców nie ma. I tak też jest w okolicy; dzieciaki w szkole, ludzie w pracy. To jest moja godzina i chłopków oczywiście. Szansa, że kogoś spotkamy sięga zera. Czas przedstawić chłopków. Mafi 9 letni beagle, jak zawsze ma swój plan na spacer i zazwyczaj jak już idą oba psy, to połowa spaceru jest pod Mafiego, czyli spędzamy ją na łące, gdzie ten może sobie wykopać dziurę, wytropić myszki, po prostu poleżeć, czy wytarzać się w wysuszonym robaczku. Pectus 6 letni szalony sznaucer, dla niego najważniejsze na spacerze jest to, aby być razem, nieważne gdzie idziemy, byleby razem. Na spacerze biega, płoszy bażanty, bawi się zabawkami, które zabiera z ogródka, najczęściej bierze piłkę albo konga. Przez większość spaceru trzyma zabawkę w pysku, jak Mafi poluje na myszy to on bawi się ze mną, jak idziemy dalej pozwala mi zabrać piłkę, albo ją zostawia, a gdy wracamy tą samą trasą, zabiera ją do domu.

Pectus praktycznie cały spacer spędza bez smyczy, którą przewieszam przez ramię jak torbę. Mafi ubrany w szelki z dopiętą 10 metrową linką również biega luzem. Po co Mafiemu linka? Jest psem gończym i jak wejdzie na ślad zwierzyny, wyłącza zmysły, poza węchem i pędzi – z tym jesteśmy w stanie sobie poradzić. Nauczyłam Mafiego przywołania gwizdkiem, czyli w momencie, gdy widzę, że zwęszył zwierzynę (zmienia się wtedy jego zachowanie: napięte mięśnie, merdający ogon, popiskiwanie przechodzące w charakterystyczne dla tej rasy ujadanie) lub goni zwierzynę, to za pomocą gwizdka wydaję dźwięk – nasz sygnał na przywołanie i mój mały pies przybiega do mnie. Nie wychodząc z transu dostaje nagrodę w postaci smakołyka i wraca to tropienia. Wtedy ja mam czas na złapanie linki i albo uczestniczę w tropieniu, albo blokuję linkę i czekam, aż świadomość wróci do Mafiego, by przejść parę metrów dalej i wypuścić linkę z ręki, aby ten mógł wrócić do swoich psich spraw. Jak Mafi był młodym psem uciekł mi raz, pobiegł za zapachem sarny, nie był nauczony przywołania. Zniknął na dobrych parę minut – najgorsze w moim życiu. Od tej pory chodzi z przypiętą linką. Czasem oddala się nawet i na 50 metrów, ale świadomość tego, że ma dopięte 10 metrów linki do szelek daje mi poczucie bezpieczeństwa. Poza tym łąki jeszcze nie skoszone i jak wejdzie w wysoką trawę to go nie widać, lokalizuję go tylko po ruszającej się trawie, czasem jeszcze widać końcówkę ogonka 😉 . Oba psy są niezależne, teren bezpieczny, nauczone są przychodzenia, gdy zawołam/użyję gwizdka, więc pozwalam im oddalać się ode mnie na dość duże odległości. Trasa spacerowa nie zawsze przebiega tak samo, ale zaliczamy dwa-trzy punkty na niej. Jednym jest łąka, nieużytek rolny, na której Mafi kopie dziury, ewentualnie rewiruje poszukując myszy.

Często jak wychodzimy z domu pędzi tam nie wyglądając na swoje lata. Ja mam wtedy czas na wyłączenie myślenia, na chwilę, bo jak nigdzie się nie przemieszczamy to Pectus upomina się o zabawę. Chowam mu wtedy piłkę w wysokiej trawie, wykonujemy kilka poleceń z posłuszeństwa, a następnie pokazuję mu, gdzie ma szukać i wysyłam go do znalezienia zabawki. Powtarzamy tę zabawę kilka razy, najlepiej jak mam kilka przedmiotów i schowam je w momencie, gdy Pectus jest czymś innym zajęty np.: węszeniem, a potem po zapachu musi je znaleźć. Są to męczące ćwiczenia i fizycznie i umysłowo. Czasem zostawiam zabawkę na moim śladzie – łatwizna do zlokalizowania, a czasem wyrzucam gdzieś daleko w różnych kierunkach kilka sztuk. Zapach inaczej się rozkłada, nie ma wyraźnego śladu człowieka i takie szukanie zajmuje więcej czasu, ale też wysiłku emocjonalnego i fizycznego. Nie biorę ze sobą wody na spacery, gdyż nieopodal płynie rzeka, do której chłopki wchodzą by się schłodzić, a kolejnym punktem na naszej drodze jest kanał. Woda w kanale jest czysta, na dnie leży muł, więc jak tam chłopki wskoczą to wygląda, jakby siedzieli w gigantycznej kałuży, nasz kolejny postój – tankowanie w kanale. Staram się nie zabierać psów razem na spacer, bo mają zupełnie inne potrzeby i tempo spacerowania również, ale tego dnia byliśmy we trójkę. Pectus zatankował w kanale i pobiegł przed siebie, zszedł z drogi jakieś dwa metry i wygiął się w celu zrzucenia balastu (dwójeczka), w tym czasie ja byłam nieopodal kanału, w którym był Mafi. W oddali są domy, odległość pomiędzy mną i Pektusem to jakieś 50 metrów, odległość do najbliższych zabudowań też jakieś 50 metrów, może troszkę więcej. Na posesji są dwa psiaki, czasem wybiegają parę metrów i szczekają na nas. Moje chłopki na nie nie reagują, czasem zatrzymają się, popatrzą i idą dalej przed siebie. Tym razem było inaczej. Były cztery psy, które ze szczekaniem biegną na mojego załatwiającego swoją jakże ważną sprawę Pectusa, który trzyma w pysku żółtą piłkę i nie może się ruszyć. Na czele duży czarny podpalany psiak, za nim średniej wielkości biały, a za nimi dwa małe; rudzielec i czarny podpalany kundelek. To działo się dosłownie kilka sekund, ale… psy z tego domu nigdy do nas nie podbiegły, bo zawsze widziały dwa psy i człowieka za nim. Tym razem Pectus był na ich widoku sam, ja za zakrętem w oddali, więc mnie nie zauważyły, a Mafi ukryty w kanale. Biegnę więc, by odgonić psy. Duży czarny, wielkości Pectusa jest już przy nim, jakiś metr obok i zajadle szczeka, a pozostała trójca zaczyna osaczać mojego chłopka. Biegnę i zaczynam coś krzyczeć typu „EJ!!!”, czarny duży popatrzył na mnie i odskoczył do tyłu . W tym momencie Pectunio zrzucił balast… Zapomniałam dodać, że mój pies jest jednym z tych, z którymi się nie zaczyna, bo on nie odpuści i nie zostawi tak sprawy. Każdy kto ma sznaucera, czy teriera wie o czym mówię. W tym momencie Pectus zaczyna gonić czarnego psa. Co widzę: mały czarny i rudzielec uciekają z prędkością światła, za nimi biały samiec, a na końcu czarny duży, jako długonożny wyprzedza białego i ucieka ku mojemu zdziwieniu w osiedle domków jednorodzinnych, czyli pewnie jest to miejscowy psiak, z któregoś domu położonego dalej od naszego bezludzia. Psy są już pod domem, w tym momencie biały odwraca się frontalnie do Pectusa. Pectus przestaje gonić dużego czarnego psa, zwalnia i podchodzi na wprost do białego, robi przed nim łuk i zawraca w moim kierunku. Odchodzi powoli, po kilku metrach przybiega do mnie radośnie. Kucam, a on podbiega i kładzie się przede mną, dopiero teraz wypuszcza piłkę z pyska. Cały ten czas, zrzucając balast, goniąc psy i negocjując z białym psem miał żółtą piłę w paszczy. I w tym momencie pojawia się Mafi skacząc jak sarna, żeby coś zobaczyć, bo trawa na łące sięga mi do kolan. Jest pobudzony i co wyskok rozgląda się nerwowo, jakby chciał powiedzieć „Co się dzieje? Gdzie zadyma? Co mnie ominęło?” Staję jedną stopą na lince, by zatrzymać Mafiego. Łapię delikatnie Pectusa za szelki i tak siedzę z nim jeszcze przez chwilę, aby emocje opadły.

Jak pewnie zauważyliście nie wołałam mojego psa, poza jakimś rzuconym „EJ”, żeby odstraszyć dużego, czarnego. Był sam stawiający klocka, napadnięty przez cztery psy. W momencie, gdy je gonił i zawołałabym go, prawdopodobnie by się odwrócił i przybiegł do mnie. Przywołanie mamy przerobione w różnych warunkach i mam 90% pewności, że odwróciłby się w miejscu i podążył w moim kierunku. Nie wołałam celowo, bo mogłam go narazić tym samym na atak ze strony tych psiaków. Gdy był wypięty tyłkiem do nich, one podbiegły do niego od tyłu. On się nie ruszał, był sam. Gdy skończył robić swoje zaczął je gonić, a wszystkie psiaki zaczęły od razu uciekać. Tylko biały pies chciał się z nim zmierzyć. Często go widujemy, przynajmniej kilka razy w tygodniu, gdy idziemy koło tego domu, szczeka na nas, dużo wtedy znaczy i moczem i rozdrapuje ziemię łapami, ale nigdy nie wchodzi w bezpośrednią konfrontację, nie podbiega. Z daleka wydaje się dość pewny siebie, a sam fakt ,że zatrzymał mojego psa, sprawił, że Pectus przestał gonić czarnego i nawet do niego nie podszedł, potwierdza moje przypuszczenia. Gdybym zawołała Pectusa do siebie, mogłabym przez przypadek odwrócić sytuację, Pekctus by biegł do mnie, a cztery psiaki mogłyby zawrócić i gonić Pectusa. I co wtedy? Gdzie zaufanie? Jakby go wtedy któryś z psów dogonił i złapał zębami za ogon, nogę lub grzbiet? Jakby to wpłynęło na psychikę Pectusa, na jego zaufanie do mnie? Wszystko działo się szybko, ale wiedziałam, że nie mogę go wołać, że czwórka sama wpakowała się w to szambo, a mój niezależny sznaucer znalazł się w sytuacji, w której nie chciał się znaleźć, ale wiedziałam, że sobie poradzi. Podjął szybką decyzję – czy mądrą? Sami sobie odpowiedzcie. To co stało się później wzruszyło mnie…

Z obserwacji mojego szalonego psa, wywnioskowałam, że to zajście nie kosztowało go zbyt wiele stresu. Przestał dyszeć, wziął piłkę do pyska i był gotowy iść dalej. Zapięłam go na smycz, pomyślałam sobie, że jak tylko miniemy dom białego psa i małego rudzielca puszczę go znowu i zaliczymy kolejny przystanek spacerowy – brzozę, pod którą w upalne dni odpoczywam, gdyż ja nie wchodzę do kanału się schłodzić i też potrzebuję czasami złapać oddech. Koniec linki Mafiego wzięłam do drugiej ręki. I idziemy dwa kroki do przodu, trzy do tyłu. Mafi węszy… Mam wrażenie momentami, że sprawdza każde źdźbło trawy osobno, od dołu do góry i jeszcze raz na sam dół, a teraz źdźbło obok tego co przed chwilą wąchał. Tymczasem duży i mały czarny przybiegają pod dom białego i rudzielca. Znowu jest ekipa kompletna, zbijają się w grupkę i zaczynają szczekać na nas. Mało tego! Coraz to żywszym krokiem podbiegają do nas. Linka się skończyła, więc się zatrzymuję, by nie szarpnąć Mafiego, który co robi? WĘSZY! Pectus stoi obok mnie na smyczy, z żółtą piłką w pysku. Odwracam się, spoglądam na Mafiego, a w tym momencie Pectusik dotyka delikatnie piłką mojego uda. Spoglądam na niego, widzę, że patrzy na mnie, robi krok do przodu, znowu spogląda na mnie i odwraca głowę zatrzymując spojrzenie na czwórce szczekaczy już troszkę wolniej podążających w naszą stronę i patrzy przed siebie. „TO JEST PROŚBA!!!” – myślę sobie. Prośba o to by iść dalej, by nie stać jak kołki i nie czekać, aż psy w końcu odważą się podejść bliżej. Robię krok do przodu, zachęcam Mafiego radosnym głosem do podążania za mną i idziemy przed siebie. Smycz Pectusa napięła się, co oznacza, że nie czuje się zbyt pewnie. Mafi radośnie podbiega wyprzedzając nas i krocząc na czele, totalnie ignorując ekipę szczekaczy, Pektus za nim, ja na końcu. Parę metrów dalej psiaki wróciły pod dom, dalej szczekając, a moje chłopki szły wyluzowane.

Gdy wracaliśmy już do naszego domu, przechodząc koło tej posesji znowu prowadziłam chłopków; Pectusa na smyczy, a Mafiego na lince. Szczekająca czwórka ponownie podbiegła trochę i zatrzymała się. Chłopki zignorowały ich, szliśmy już powoli, ale utrzymując nasze tempo, nie zatrzymując się. Była to dobra oznaka. Dom znajduje się jakieś 40 metrów od drogi polej, którą spacerowaliśmy, nie ma ogrodzenia, psy przybliżyły się 20 metrów oszczekując nas, ale ich emocje również opadły, nie miały już ochoty do nas podbiegać. Chłopki widziały i słyszały ekipę, ale nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Za łukiem puściłam chłopków, by na luzie pozałatwiali swoje sprawy. Żaden z moich nie miał już ochoty zawrócić i podbiec do tamtych. Zaliczyli kanał ponownie – tankowanie oraz buszowanie w wysokiej trawie, a na koniec spotkanie z jaszczurką, która zdążyła uciec 🙂 .

Jak widać zrzucenie balastu nie jest takie proste. Pies jest narażony, obnażony, bezbronny. Widząc to na własne oczy, mogę powiedzieć PIES ROBIĄC KUPKĘ NIE MOŻE SIĘ BRONIĆ I NIE MOŻE PRZESTAĆ JEJ ROBIĆ! Musimy być blisko, by w razie czego zagrodzić drogę innemu psu, by obniżyć poziom stresu u naszego psa w takiej sytuacji, by nasz pupil mógł spokojnie oddać stolec na zewnątrz, poza ogrodem, poza domem nie obawiając się, że coś na niego napadnie. Czy mój pies czegoś się nauczył? Tak, tego, że jak go przyciśnie to trzyma się bliżej mnie. Nadal oddala się na spacerze na większe odległości, ale przechodząc obok tego domu idzie blisko mnie i jak jest z nami Mafi, to trzyma się również niego. Wspierajcie psiaki i nie zostawiajcie ich w trudnych sytuacjach samych. Nie mogę patrzeć na taki widok, gdy pies biegnie luzem przy rowerze, opiekunka jedzie przed siebie, pies nerwowo próbuje się załatwić na raty co kilka metrów. Czy piesek się wybiegał? Pewnie pobiegał. Czy zaspokoił swoje potrzeby? Na pewno nie wszystkie. Czy swobodnie eksplorował otoczenie, znacząc moczem i ciałem? Nie. Czy zrobił kupę? Częściowo pewnie tak, w systemie ratalnym. Czy czuł się bezpiecznie? Nie. Bezpieczeństwo to podstawowa potrzeba. Zarówno my jak i psy musimy mieć zapewnione bezpieczeństwo,by czuć się dobrze i pewnie.

Trenerka, instruktorka szkolenia psów

Ewa Zabieglińska